Śmietnisko nie jest naszym ulubionym środowiskiem. Wręcz przeciwnie, odpady budzą niechęć. Wyrzucając śmieci chcemy jak najszybciej zatrzasnąć za sobą kubeł, odwrócić się i już nie wracać do tematu. Czujemy naturalną odrazę wobec śmieci, które są dla nas nie tylko obrzydliwe, ale również śmierdzące, nieapetyczne czy budzące fizjologiczne reakcje. Smród unoszący się ze śmietniska może przyprawiać nas o mdłości czy obrzydzenie. Śmieci wywołują niesmak i awersję, dlatego wolimy blisko nich nie przebywać i szybko wyeliminować je zarówno z naszego otoczenia, jak i świadomości. Nie chcemy o nich mówić ani o nich pamiętać. Same śmieci to nie tylko obrzydzenie, odraza i wstręt, ale także niechęć. To dlatego ktoś, kto będzie szperał w śmietniskach czy zbierał śmieci stanie się osobą tabu, objętą społeczną niechęcią i wykluczeniem. O śmieciach nie chcemy mówić i nie wypada o nich rozważać, tak jakby były objęte tabu.
Tymczasem
4,8 miliona ton – tyle marnuje się jedzenia w Polsce rocznie. Jeżeli zestawimy rolnictwo, przetwórstwo produktów rolnych, sklepy, dystrybucję oraz domowe gospodarstwa okaże się, że najwięcej marnujemy my sami. W naszych domach wyrzuca się ponad połowę całego marnowanego jedzenia.
Jedzenie śmieciowe nie budzi w nas odrazy. Przyzwyczajeni do kultury prędkości i zawrotu głowy, pędząc z pracy do pracy, usiłując przetrwać kolejny dzień, w którym nie mamy czasu na nic, nawet na zdrowe jedzenie, nie zwracamy uwagi na to, co jemy. Jedzenie śmieciowe porwane w biegu, w sieciowej restauracji, gdzie wszystko można sobie wyklikać nim się dojdzie do drzwi, stanowi normę współczesnego człowieka Zachodu. Jedzenie śmieciowe nie staje się przedmiotem odrzucenia i wzgardy.
Tymczasem
Przeciętny Polak odwiedza restauracje typu fast food średnio od 4 do 5 razy w miesiącu. 73% tych wizyt obejmuje sieciowe punkty gastronomiczne i najczęściej zamawiane są burgery, nuggetsy, frytki i wrapy. Regularna dieta oparta na wysoko przetworzonej żywności zwiększa ryzyko insulinooporności, cukrzycy typu 2, miażdżycy, chorób układu krążenia czy problemów związanych z mikrobiotą jelitową.
Pracownicy gospodarki odpadami rzadko spotykają się z sympatią na ulicach miast. Najlepiej byłoby dla nas, gdyby samochody zbierające śmieci, jak i ludzie zajmujący się tym systemem działali poza naszym wzrokiem i świadomością. Jest coś niewygodnego w samym temacie śmieci. Współczesny człowiek dysponujący licznymi środkami czystości oraz możliwościami pozbycia się odpadów uwierzył, że może odciąć się od ich istnienia i o nich zapomnieć. Stąd nie lubi ani zapachu śmieci, ani obecności ludzi i rzeczy przypominających o ich istnieniu.
Osoba podająca frytki z burgerem i colą przez okienko odbioru zamówień nie budzi już tego samego dyskomfortu, chociaż również uczestniczy w systemie szybkiej, wysoko przetworzonej konsumpcji.
Tymczasem
sieci restauracji serwujących jedzenie śmieciowe nie płacą odszkodowań za to, że ktoś po zjedzeniu ich posiłków doznał uszczerbku na zdrowiu, dostał zawału czy zachorował na cukrzycę. Choć próby wywalczenia takich pieniędzy przed sądami miały miejsce, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, branże oferujące jedzenie śmieciowe wygrały tę batalię prawną. W sądowych orzeczeniach dominuje jedno: jedzenie jest kwestią wolnego wyboru konsumenta i osobistej odpowiedzialności.
W świadomości współczesnego człowieka ciągle pozostaje temat śmieci rozumiany jako swoiste tabu.
To taka nasza schizofrenia współczesności: nie chcemy mówić o śmieciach, brzydzimy się nimi i nikt nas nie zaciągnie na wysypiska, a równocześnie coraz częściej żywimy się czymś, co jest odpadem zdrowej żywności.
Szybkie jedzenie, wysoko przetworzone, ofoliowane, odgrzewane w mikrofalówkach, nie budzi w nas zgrozy ani obrzydzenia. Nauczyliśmy się myśleć w podwójnych standardach, gdzie śmieci zostały jednoznacznie zakwalifikowane jako to, co zamykamy w kuble na odpadki. A nasze jedzenie śmieciowe traktujemy jako normalne i codzienne. W ten sposób wpadliśmy w pułapkę. Szybki tryb życia, brak uważności na istnienie, nieprzywiązywanie wagi do tego, co jemy zaprowadziły nas do miejsca, które wyrzuciliśmy poza obręby naszej cywilizacji. Śmietniska jawią się jako coś, co ma zostać zutylizowane, co powinno być pod ścisłą kontrolą i poza nami. Dlatego wypieramy fakt, że sami jemy śmieciowe jedzenie i pozwalamy, by nasz organizm stał się systemem przeciążonym nadmiarem przetworzonej żywności.
Jedzenie śmieciowe jest problemem naszych przyzwyczajeń, kulturowych kodów, które w erze konsumpcjonizmu i turbokapitalizmu wiążą się z chronicznym brakiem czasu, przepracowaniem i zaangażowaniem w zdobywanie dóbr, a nie samą naszą egzystencją. Dlatego jedyną drogą, by odwrócić ten trend jest zmiana naszych przyzwyczajeń… a właściwie powrót do domu. Do tego naszego domu utraconego, gdzie babcia wiedziała do czego służą zioła i na co jest szałwia, mięta czy macierzanka. Do tego domu, w którym nic się nie marnowało, dlatego rzodkiewka wkrojona była do sałatki, a jej liście stawały się bazą dla zupy.
Potrzebujemy powrotu do domu ze stołem, przy którym siada rodzina i je, rozmawia, jest razem. Potrzebujemy wypracować raz jeszcze rytuał jedzenia.
Samo jedzenie traktowane jako realizowanie biologicznej potrzeby przetrwania jest żarciem. Właściwe jedzenie, jako rytuał, jest działaniem wspólnotowym o głębokim kulturowym znaczeniu.
Każda kultura wypracowała swoje rytuały przygotowania jedzenia, podawania pokarmów, specyfikując dania na: odświętne, codzienne, wyjątkowe i przeciętne. Co jednak najważniejsze człowiek siadając przy stole ma niepowtarzalną okazję, by dzielić się z drugim i z nim być. W relacjach przyjaźni, bliskości, miłości to wzmacnianie więzi, rozbudowywanie ich, dawanie im głębi. Gdy jeszcze się nie znamy, a siadamy przy wspólnym stole wówczas mamy szansę poznać się, przełamać barierę obcości.
Jedzenie łączy, daje możliwość wzmacniania relacji, staje się wydarzeniem spotkania. Dlatego budowanie rytuału, by przynajmniej choć raz podczas dnia zjeść wspólnie jeden posiłek staje się fundamentalne. Rodzina bez wspólnego stołu i rytuału jedzenia sama siebie okrada z jeszcze jednej formy dbałości czy nawet czułości. Tak samo wspólne przygotowywanie posiłków staje się drogą i możliwością wypracowywania wzajemności, nauką pomagania sobie, wsłuchiwania się w siebie i kooperacji.
Jedzenie, wspólne jedzenie jest wydarzeniem, wzmacnianiem więzi, byciem z drugim i byciem wobec niego. I choć współczesny świat gna coraz szybciej do przodu, rozwój technologiczny staje się oszałamiający, nam ciągle brak tego, co podstawowe i skrywane, czasami nawet marginalizowane i wyrzucane na śmietnik historii przez piewców rozwoju: uważności.
To właśnie uważność, jako skupienie się na innym, na konkretnej rzeczy, szczególe i detalu rzeczywistości daje szansę, by zmienić nasze życie ze śmietnikowego na pełnowartościowe. Uważność nie pozwala nam bowiem na zaniedbanie, gdzie pędząc z fast foodem w ręku zapomnimy, że w domu czeka na nas ktoś, kto w samotności nic nie zje albo zje coś śmieciowego. Sama uważność uświadamia nam, że ten jeden gest, jeden wspólny posiłek może zmienić samotność w bycie razem, poczucie opuszczenia w życie rodzinne.
Dzieci, osoby w wieku senioralnym, osoby z niepełnosprawnością współcześnie pozornie zaopiekowane tak naprawdę cierpią na deficyt uważności. Wspólny posiłek, ten rytuał jedzenia razem może stać się pierwszym krokiem, by skierować uwagę na tych, którzy tego potrzebują.
I tu odsłania się cała tajemnica jedzenia: jest wydarzeniem współ-bycia.
Tekst prof. Joanna Hańderek























































