– Chcesz jabłko? Powinienem mieć jeszcze dwa w plecaku. Podzielę się z tobą.
Zatrzymałem wzrok na jej twarzy. Miała cudownie niezdecydowaną minę, jakby w tej chwili świat nie miał większego znaczenia, a rozważenie, czy zjeść jabłko, czy nie, było sprawą, której naprawdę warto
poświęcić uwagę. Słońce padało na nią spokojnie, bez gwałtownych błysków, miękko, jakby od rana
zajmowało wciąż to samo miejsce nad sadem i nie zamierzało już nigdzie odchodzić. Mrużyła oczy,
ale nie odwracała twarzy. Było w niej coś z tego dnia: jasnego, nieruchomego i trochę sennego.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciłem się i pociągnąłem plecak bliżej. Ponieważ siedzieliśmy na murku, moje nogi podskoczyły śmiesznie do góry, gdy próbowałem złapać równowagę.
Zaśmiała się.
– No, bardzo jesteś pocieszny. Daj to jabłko.
Murek nie był wysoki. Dawniej musiał oddzielać podwórze od ogrodu albo może prowadził wzdłuż drogi do małego dworu, o którym pamiętali już tylko najstarsi mieszkańcy. Zostało z niego kilka nierównych
odcinków, trochę kamieni obrośniętych mchem i cegły, które po tylu latach straciły swój czerwony kolor.
W szczeliny wchodziły korzenie dzikich traw, jakby przyroda zszywała to, co ludzie pozostawili po sobie rozbite.
Kiedyś musiała tu być brama. Dziadek mówił, że miała dwa murowane słupy i ciężkie skrzydła, które zimą skrzypiały aż przy drodze. Nie wiedziałem, czy to pamiętał, czy powtarzał opowieść swojego ojca.
Zostały tylko dwa zagłębienia w ziemi i kilka kamieni, na których latem wygrzewały się jaszczurki.
Wyciągnęła rękę, a ja zamaszystym gestem położyłem na jej dłoni dorodny owoc. Taki, jaki powinien być: lekko matowy, czerwony, z pięknym ogonkiem, który zawsze wskazuje ku górze, jakby pamiętał jeszcze kierunek, w którym rósł, gdy z kwiatu stawał się jabłkiem.
– Proszszszę. Smacznego.
Obejrzała je z uznaniem. Obróciła w dłoni raz i drugi, zatrzymując kciuk na małej ciemniejszej plamce. Nie była to skaza, raczej znak, że jabłko nie urodziło się w równym rzędzie drzew, gdzie każde wygląda
podobnie, lecz w sadzie, który od dawna rósł według własnego porządku.
– Hmm… Znam te jabłonie. To owoc z sadu twojego dziadka. Pamiętam ich smak. Są doskonałe.
I pięknie pachnie ich skórka. Kiedy mocno się je ugryzie, kawałek zostaje przy miąższu, jakby skórka nie chciała oddać ani jednego kęsa. Trochę się ciągnie, trochę urywa…
Za naszymi plecami rozciągał się sad. Stary, niepielęgnowany, trochę zdziczały, a jednak ciągle rodzący owoce. Nikt już nie przycinał gałęzi, nie bielił pni wapnem, nie sprawdzał, czy w korze nie zagnieździły się szkodniki. Niektóre drzewa pochylały się nisko, prawie do ziemi. Inne stały wyprostowane, ciemne
i popękane, jak starzy ludzie, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości, że wszyscy ich rówieśnicy już odeszli.
Wysoka trawa dochodziła miejscami do kolan. Wśród niej rosły pokrzywy, dziki bez, jeżyny i młode śliwy. Pod drzewami leżały żółte, czerwone i zielone jabłka, czasem już brązowe z jednej strony. Zapach przejrzałych owoców mieszał się z wonią nagrzanej ziemi. Nad nimi krążyły osy, senne od słońca i cukru. Słychać było tylko owady, pojedyncze ptaki i liście poruszane delikatnym wiatrem.
Sad wyglądał jak zabytek, choć nikt nie ustawił tu tablicy ani nie wpisał go do rejestru. Istniał, ponieważ jeszcze nie zdążono go wyciąć, zaorać ani podzielić na działki. Był pozostałością po gospodarstwie, po
rodzinie, po dawnym dworze, którego doniosłość przetrwała tylko w opowieściach. Trudno było powiedzieć, czy naprawdę był doniosły. Może miał zaledwie kilka pokoi, ganek z dwiema kolumnami i dach, który przeciekał przy każdym większym deszczu. W opowieściach jednak wszystko, co zniknęło, staje się większe.
Dziadek mówił o salonie z wysokimi oknami, oficynie, stajni i schodach prowadzących do ogrodu. Kiedy próbowałem odnaleźć te miejsca, widziałem tylko nierówności gruntu, dwa stare kasztanowce i resztki murów. Nasz murek mógł być częścią zabudowań gospodarczych, ogrodzenia albo tarasu. Każdy miał własną wersję.
Przez chwilę przyglądała się jabłku, jakby i ono mogło coś w tej sprawie rozstrzygnąć.
– Pamiętasz, jak twój dziadek chodził tutaj z takim długim kijem? – zapytała.
– Z hakiem do strącania jabłek.
– Dla mnie to był kij. Bałam się, że któregoś dnia strąci nim nie tylko jabłko, ale też mnie.
– Nigdy by tego nie zrobił.
– Wiem. Właśnie dlatego mogłam się bać bezpiecznie.
Uśmiechnęła się i spojrzała w stronę drzew. Słońce przesuwało się po jej policzku, choć nie można było dostrzec ruchu. Ten dzień nie miał wyraźnych godzin. Poranek przeszedł w południe prawie niezauważalnie. Niebo było jasne, czyste i spokojne. Niewielkie obłoki wisiały wysoko, jakby ktoś pozostawił je tam dla porządku, żeby błękit nie wydawał się zbyt pusty.
– Wiesz – powiedziała – naukowcy z NASA podobno mówią, że gdyby porównać naszą planetę do jabłka, żylibyśmy właściwie w jego skórce. W tych kilkunastu kilometrach, gdzie płyną chmury, latają
samoloty, a na powierzchni są miasta, wsie i my, siedzący na tym murku.
Uśmiechnęła się i zmrużyła oczy, jakby była bardzo zadowolona z własnej mądrości.
Spojrzałem na jabłko w mojej dłoni. Jego skórka odbijała światło. Była cienka, delikatna, miejscami prawie przezroczysta. Wystarczyło nacisnąć paznokciem, żeby pojawiła się pod nim wilgoć.
– Tak, słyszałem tę opowieść. To niezwykłe, że choć wiemy tak wiele, nadal tak wielu rzeczy nie rozumiemy. No… wiesz, o co mi chodzi.
Niezbyt zgrabnie to powiedziałem.
– Wiem, wiem. Jesteś filozofem. Więcej opowiadasz, mniej mówiąc.
Zaśmiała się, tym razem odrobinę złośliwie.
– Ej!
– Nie gniewaj się. To nawet miłe. Można cię słuchać długo i potem zastanawiać się, czy właściwie coś powiedziałeś.
– Teraz już naprawdę jesteś złośliwa.
– Odrobinę. Słońce jest za spokojne. Ktoś musi wprowadzić trochę ruchu.
Wzięła pierwszy kęs. Skórka chrupnęła głośniej, niż można było się spodziewać. Sok pojawił się na jej dolnej wardze. Otarła go wierzchem dłoni, nie przestając żuć.
– I jak smakuje ci jabłko? – zapytałem.
– Bardzo. Dziękuję.
Przyglądała się chwilę jasnemu śladowi po zębach.
– Jego smak jest jak wspomnienie twojego dziadka. Miłego człowieka. Od dzisiaj będzie też wspomnieniem tej chwili.
Zawiesiła głos, a ja nie śmiałem niczego dopowiadać. Cóż można było powiedzieć?
Siedzieliśmy razem na murku z jabłkami dziadka w dłoniach. W tej cienkiej skórce świata, w której latają ptaki i samoloty, a chmury przesuwają się raz stamtąd tutaj, innym razem z zupełnie innej strony.
Z oddali dobiegł krzyk myszołowa. Przeleciał wysoko nad sadem, zatoczył szeroki krąg i zniknął za kasztanowcami. Z jego wysokości nie byłoby widać murku ani śladów dworu, tylko plamę zieleni i dwa małe punkty pomiędzy drzewami. Z góry wszystko musiało być małe. Z bliska każda rzecz potrafiła jednak wypełnić cały świat.
– Pamiętasz jego czapkę? – zapytała.
– To był kapelusz.
– Czasem czapka.
– Zależy, jak go ułożył.
– Właśnie. Jakby nie mógł się zdecydować, czym jest.
Dziadek nosił go przez wiele lat. Materiał wyblakł od słońca, rondo z jednej strony opadło, z drugiej podnosiło się do góry. Kiedy padał deszcz, nakrycie głowy stawało się ciężkie i ciemne. Po wyschnięciu przybierało nowy kształt. Dziadek nigdy nie próbował go poprawiać. Wkładał je rano i zdejmował dopiero w domu, odkładając na krzesło przy drzwiach.
Jego spodnie też zapamiętałem jako zbyt szerokie. Trzepotały na wietrze i zbierały kurz przy nogawkach. Twarz miał czerwoną, szczególnie jesienią. Nie wiadomo, czy od zimna, wiatru, czy od wysiłku. Chodził po sadzie wolno, ale nigdy bez celu. Podnosił gałąź, odsuwał trawę, oglądał pień, sprawdzał owoc. Każde drzewo znał podobno po smaku jabłek. Nie potrzebował nazw odmian. Wskazywał ręką i mówił: te są na kompot, te trzeba zjeść od razu, te poleżą do zimy, a tamtych lepiej jeszcze nie ruszać.
Kiedyś zapytałem go, kto zasadził sad.
– Ludzie – odpowiedział.
Była to jedna z jego odpowiedzi, które początkowo wydawały się żartem, a po latach wracały jako coś ważnego. Dopiero później dodał, że najstarsze drzewa rosły tu jeszcze przed wojną. Nie wiedział, kto posadził pierwsze. Może ogrodnik z dworu, może któryś z gospodarzy, może właściciel, którego nazwisko pojawiało się w dokumentach, ale nie w opowieściach. Drzewa zmieniały opiekunów, granice działek i przeznaczenie. Owocowały, nawet kiedy nikt nie miał czasu o nie pytać.
– Zastanawiasz się czasem, dlaczego ten sad jeszcze istnieje? – zapytałem.
– Bo nikt nie powiedział mu, że powinien zniknąć.
– Drzewa nie słuchają takich poleceń.
– Na szczęście. Ludzie słuchają zbyt często.
Przesunęła dłonią po murku. Spomiędzy cegieł wysypał się drobny piasek. Jedna z nich była ciepła od słońca, druga chłodniejsza, osłonięta cieniem wysokiej trawy.
– Tutaj naprawdę był dwór? – zapytała.
– Podobno.
– Widziałeś jakieś zdjęcie?
– Jedno, ale nie wiem, czy przedstawiało ten budynek. Była na nim grupa ludzi przed gankiem. Ktoś napisał ołówkiem nazwę miejscowości. Bez daty.
– Czyli mógł być.
– Mógł.
– Mógł też wyglądać zupełnie inaczej.
– Mógł.
W dawnych opowieściach dwór był biały, choć na jedynym zdjęciu wydawał się szary. Jedni pamiętali balkon, inni twierdzili, że nigdy go nie było. Po wojnie budynek miał służyć za szkołę, magazyn i mieszkania dla kilku rodzin. Każda historia kończyła się jednak tak samo: dach zaczął przeciekać, ściany pękały, a potem rozebrano to, co zostało.
Doniosłość tego miejsca można było zobaczyć już tylko w słowach. Kiedy mówił o nim dziadek, budynek wracał na chwilę. W oknach pojawiało się światło. Ktoś otwierał bramę. Po kamieniach stukały końskie kopyta. Z kuchni pachniało pieczonym chlebem i jabłkami. Później opowieść się kończyła, a przed nami znowu były jedynie trawy, pokrzywy i murek, na którym dało się wygodnie usiąść.
– Może dobrze, że nie wiemy wszystkiego – powiedziała. – Gdybyśmy wiedzieli dokładnie, zostałby tylko budynek. Teraz może być trochę większy.
– W opowieści?
– W pamięci. Nawet jeśli nie jest nasza.
Słońce stało wysoko. Nie grzało jednak uciążliwie. Jego ciepło rozkładało się równo na murku, trawie, drzewach i naszych ramionach. Nie było nagłych podmuchów ani zmian światła. Czas płynął jednostajnie, jak woda w szerokiej rzece, której nurtu prawie nie widać. Mogliśmy siedzieć tam godzinę albo kilka minut. Nic nie wskazywało, że trzeba się spieszyć.
W trawie zaszeleściło. Mały, brązowy ptak wyskoczył spod krzewu, przysiadł na gałęzi i zaraz zniknął. Gdzieś dalej spadło jabłko. Uderzyło miękko o ziemię, potoczyło się kawałek i zatrzymało wśród liści.
– Wiesz? – odezwała się po chwili. – Czasem mówi się, że trzeba dbać o małą ojczyznę. Że trzeba o niej przypominać.
Spojrzała na sad, potem na murek, na jabłko w swojej dłoni.
– Teraz, z tym jabłkiem, myślę, że ta mała ojczyzna wcale nie jest taka mała. Z jednej strony obejmuje wszystkich ludzi żyjących na planecie, w tej cienkiej skórce. Z drugiej jest tutaj. Z nami. W tej chwili. Na tym murku.
Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że jeszcze nie skończyła.
– Może mała ojczyzna jest tym, co teraz czujemy. Bliskością, wrażliwością, smakiem jabłka i wspomnieniem starszego pana w szerokich spodniach, z policzkami czerwonymi od wiatru i w czapce albo kapelusiku, który już dawno stracił swój kształt i może być jednym i drugim.
Zaśmiała się.
– Pamiętam, jak dawał mi jabłka do kieszeni. Zawsze dwa, chociaż prosiłam o jedno. Jedno dla ciebie, jedno dla kogoś, kogo spotkasz, mówił.
– Naprawdę tak mówił?
– Może nie dokładnie. Tak go pamiętam.
– Czyli teraz spełniłem jego polecenie.
– Spóźniłeś się tylko o jakieś trzydzieści lat.
– Nigdy nie podałem wieku.
– Nie musiałeś.
Znów się zaśmiała. W jej śmiechu nie było pośpiechu ani zakłopotania. Rozchodził się po sadzie łagodnie i cicho, jak dźwięk, który zna to miejsce i nie musi udowadniać, że do niego należy.
– Może to właśnie jest mała ojczyzna – ciągnęła. – To ciepłe uczucie. Tutaj i teraz. Coś, o co trzeba dbać i czym należy się opiekować. Nieważne, gdzie później będziemy, bo tę małą ojczyznę zawsze już będziemy mieli ze sobą. Tutaj, na murku. I tutaj.
Dotknęła dłonią piersi.
Zabrzmiało to trochę zbyt poważnie. Sama chyba też to poczuła, bo szybko odwróciła wzrok i ugryzła jabłko. Sok spłynął jej po palcu.
– Bardzo mądre – powiedziałem.
– Nie przesadzaj.
– Sam bym lepiej nie powiedział.
– Ty powiedziałbyś dłużej.
– To prawda.
Przed nami sad rozciągał się w spokojnym świetle. Nie wyglądał już jak opuszczone miejsce. Przynajmniej przez chwilę wydawał się zamieszkany przez wszystkie głosy, które kiedyś tu brzmiały. Można było prawie usłyszeć kroki na nieistniejących schodach, skrzypienie bramy, stukanie naczyń z kuchni i dziadka nawołującego kogoś między drzewami. Nie wiedziałem, które z tych dźwięków pochodziły z pamięci, które z opowieści, a które właśnie wymyśliłem. Nie miało to większego znaczenia.
Miejsca także mają pamięć, choć nie zapisują jej w taki sposób jak ludzie. Przechowują ją w nierównościach terenu, w kamieniach, w drzewach, które posadzono bez myśli, że będą żyły dłużej od swoich właścicieli. Czasem pamięć zostaje w smaku owocu. Człowiek gryzie jabłko i przez chwilę wraca ktoś, kogo od dawna nie ma.
Pomyślałem o dziadku stojącym w sadzie. Nie widziałem wyraźnie jego twarzy. Pamiętałem za to dłonie, szerokie palce, ciemną skórę przy paznokciach i sposób, w jaki brał jabłko. Nie ściskał go całą dłonią. Trzymał lekko, jakby owoc był czymś żywym i mógł się przestraszyć.
Nigdy nie wyrzucał jabłek tylko dlatego, że miały plamkę albo dziurkę. Odcinał uszkodzone miejsce i zjadał resztę. Mówił, że człowiek za szybko uznaje rzeczy za niepotrzebne. Dotyczyło to owoców, narzędzi, desek i starych ubrań.
Sad też czekał. Każdego roku mniej owoców zbierano, więcej zostawało pod drzewami. Gałęzie łamały się pod ciężarem jabłek albo śniegu. Nikt nie sadził nowych drzew. Kilka razy mówiono o uporządkowaniu terenu. Słowo „uporządkowanie” brzmiało niewinnie, ale wszyscy wiedzieli, że oznaczałoby usunięcie większości tego, co rosło.
– Kiedyś go wytną – powiedziałem.
– Sad?
– Pewnie tak.
– Skąd wiesz?
– Nie wiem. Tak się robi ze starymi sadami. Są niepraktyczne.
Przez chwilę milczała.
– Murek też?
– Murek pierwszy.
Położyła dłoń na cegle, jakby chciała ją uspokoić.
– Nie powinieneś mówić takich rzeczy w tak ładny dzień.
– Ładny dzień niczego nie zmienia.
– Zmienia nastrój.
– To dużo?
– Czasem wszystko.
Spojrzałem na nią. Siedziała pochylona, z łokciami opartymi na kolanach. Włosy opadały jej na twarz, poruszając się lekko, chociaż prawie nie było wiatru. Słońce przeświecało przez pojedyncze pasma. Wydawała się jednocześnie bliska i należąca do tego miejsca bardziej niż ja.
– Może sad nie potrzebuje, żeby trwał wiecznie – powiedziała. – Może wystarczy, że jest teraz.
– To trochę wygodne.
– Dlaczego?
– Bo zwalnia nas z odpowiedzialności.
– Nie zwalnia. Można dbać o coś i wiedzieć, że kiedyś zniknie.
– Łatwo powiedzieć.
– Właśnie ty powinieneś to rozumieć. Tyle mówisz o przemijaniu.
– Mówię, bo nie rozumiem.
– Więcej opowiadasz, mniej mówiąc.
– Już to było.
– Dobre zdania można powtarzać.
Jej jabłko było już prawie zjedzone. Został wąski ogryzek z kilkoma pestkami i ciemnym ogonkiem. Obracała go w palcach, patrząc raz na niego, raz na drzewa.
– W pestkach też jest sad – powiedziała.
– Tylko możliwość sadu.
– Każdy sad był kiedyś możliwością.
– To brzmi jak kolejna mądrość.
– Niestety. Dzień źle na mnie działa.
– Za spokojny?
– Zdecydowanie.
Na drodze pojawił się samochód. Usłyszeliśmy go wcześniej, niż zobaczyliśmy. Szum silnika narastał powoli, przesunął się za drzewami i ucichł. Przez chwilę sad wydawał się jeszcze bardziej nieruchomy. Wróciło brzęczenie owadów. Gdzieś w koronie drzewa zaszeleściły skrzydła.
Spojrzałem na zegarek, ale nie zapamiętałem godziny. Nie chciałem, żeby czas znów stał się dokładny.
– Musimy już iść? – zapytała.
– Nie.
– To po co sprawdzasz?
– Z przyzwyczajenia.
– Najgorsze rzeczy robi się z przyzwyczajenia.
– Najlepsze też.
– Na przykład?
– Wraca się w te same miejsca.
– Tylko że to miejsce za każdym razem jest inne.
– My też.
– Właśnie dlatego można wracać.
Słońce przesunęło się odrobinę niżej. Dopiero teraz zobaczyłem, że cień kasztanowca dotarł do skraju muru. Był to pierwszy wyraźny znak, że dzień jednak się zmienia. Na cegłach pojawiły się drobne pęknięcia światła. Trawa przybrała głębszy kolor.
Wziąłem kolejny kęs jabłka. Było twarde, kwaśne i słodkie jednocześnie. Smak rzeczywiście przypominał dziadka, choć nie potrafiłbym wyjaśnić dlaczego. Może dlatego, że jadłem takie owoce jako dziecko. Może przez zapach sadu. Może pamięć dopasowywała smak do chwili, a chwilę do opowieści.
– Dobre? – zapytała.
– Bardzo.
– To teraz twoje wspomnienie też ma smak?
– Miało od początku.
– Wszystko u ciebie ma od początku znaczenie?
– Nie. Czasem znaczenie pojawia się później.
– Jak dwór, którego nie ma.
– Jak murek, o którym nikt nie wie, czym był.
– Jak jabłko podane po trzydziestu latach.
– Nie ustaliliśmy, ile lat.
– Nie musimy wszystkiego wiedzieć dokładnie.
Uśmiechnęła się. W jej twarzy było coś znajomego, czego nie umiałem przypisać do żadnego konkretnego wspomnienia. Jakby znała ten sad z czasu, którego nie przeżyliśmy razem. Może przypominała mi kogoś z dawnego zdjęcia, jedną z kobiet stojących przed gankiem. Może światło układało się podobnie.
Nie zapytałem. Były pytania, które mogły zniszczyć odpowiedź, zanim się pojawiła.
Przez chwilę siedzieliśmy bez słów. Taka cisza nie była pusta. Wypełniały ją drzewa, owady, kamienie, zapach jabłek i odległy szum drogi. Wypełniała ją także obecność ludzi, których już tu nie było. Nie musieli wracać wyraźnie. Wystarczało, że przez moment miejsce nie wydawało się opuszczone.
Pomyślałem, że mała ojczyzna może rzeczywiście nie być obszarem zaznaczonym na mapie. Granice nie miały znaczenia dla jabłoni, ptaków ani powietrza. W tej cienkiej skórce planety każde miejsce było małe i jednocześnie należało do całości. Człowiek potrzebował jednak własnego murku, jednego drzewa, czyjegoś kapelusza i smaku, który potrafił rozpoznać po latach. Bez tego całość byłaby zbyt wielka, żeby ją pokochać.
– O czym myślisz? – zapytała.
– Że miałaś rację.
– W której sprawie?
– To pytanie psuje całą przyjemność.
– Czyli nie wiesz.
– Wiem, ale powiedziałbym dłużej.
– Oszczędź mi.
Położyła dłoń na moim ramieniu. Zrobiła to lekko, prawie mimochodem, ale poczułem ciepło jej palców przez materiał koszuli.
– Wystarczy, że tutaj jesteśmy – powiedziała.
Skinąłem głową.
Niebo nadal było jasne. Nad sadem wisiało spokojne, jednostajne światło. Dzień trwał bez wielkich wydarzeń, jakby jego jedynym zadaniem było dać nam czas na zjedzenie jabłek.
Po tych słowach mocno ugryzła ostatni kawałek. Został tylko ogryzek.
– I tyle z tych mądrości – powiedziała.
Zamachnęła się i rzuciła go w stronę sadu. Poleciał krótko, błysnął jasnym miąższem w słońcu i spadł w wysoką trawę, gdzie leżało już wiele innych jabłek.
– Mogłaś trafić mnie w głowę.
– Nie trafiłam.
– Tym razem.
– Jesteś bezpieczny. Dziadek też nigdy mnie nie trafił swoim kijem.
– Hakiem.
– Kijem.
Zeskoczyła z murku. Cegły osypały się lekko pod jej butem. Przez moment stała w trawie, patrząc w miejsce, gdzie spadł ogryzek.
– Może coś z niego wyrośnie – powiedziała.
– Raczej nie.
– Znowu jesteś zbyt rozsądny.
– Przecież to ty jesteś mądra.
– Mądrość i rozsądek nie zawsze idą razem.
Ruszyła kilka kroków w stronę sadu. Trawa rozstępowała się przed jej nogami i zaraz zamykała za nią. Odwróciła się.
– Idziesz?
Zostałem jeszcze chwilę na murku. Dotknąłem dłonią nagrzanej cegły. Pomyślałem o bramie, której nie było, o dworze istniejącym już tylko w niepewnych opowieściach, o dziadku w kapeluszu, który mógł być czapką. Pomyślałem też o jabłku i skórce planety, cienkiej, delikatnej, a przecież mieszczącej wszystko, co kiedykolwiek było dla nas ważne.
Zeskoczyłem na ziemię i poszedłem za nią.
Stary sad zamknął się wokół nas spokojnie, jakby czekał na ten dzień od bardzo dawna, jak utracony Raj, mówiący cicho, to Twoja mała Ojczyzna.
Janusz Bończak






















































